czwartek, 1 kwietnia 2010

III Przejście Drogą Żytawską 26-28 marca 2010 Bily Kostel - Mnihove Hradiszcze

W sumie 19 osób wzięło udział w tym przejściu: 16 osób przez cały czas i 3 osoby tylko w sobotę

A odbyło się to wszystko tak:

Piątek 26 marca godz. 7.05 Wyjechaliśmy pociągiem pośpiesznym pośpiesznym z Dworca Głównego we Wrocławiu do Goerlitz. Potem po przesiadkach w Goerlitz i Zittau dotarliśmy ok godz. 11.40 do miejscowości Bily Kostel, gdzie zakończyliśmy nasze Przejście nr II w grudniu ubiegłego roku.
Na zdjęciach poniżej zdjęcia z naszej podróży do Bilego Kostela:







































































W Bilym Kostelu jest kościół, którego biała wieża widoczna z oddali, zachęcała do tego, aby tam właśnie rozpocząć nasze Przejście. Kiedy w grudniu dotarliśmy do tego miejsca, nie mieliśmy jeszcze świadomości, że to jest już, niestety, "były kościół".
Teraz, kiedy dotarliśmy do niego, zauważyliśmy samochód, z którego robotnicy przenosili do kościoła jakieś sprzęty. Pozwolili oni nam wejść do kościoła. Weszliśmy bocznymi drzwiami, obok prezbiterium.




Niestety, widok, jaki zastaliśmy wewnątrz, był tragiczny. Dla wierzących katolików to był szok. W prezbiterium ani śladu ołtarza, tabernakulum, ambony, krzeseł dla księdza czy służby liturgicznej. Wewnątrz kościoła jakieś nowe stoły i ławki oraz krzesła. Podłoga w kościele pokryta nowymi kaflami, podobnie w prezbiterium.
Robotnicy wyjaśnili nam, że w czasach komuny ołtarz i sprzęty kościelne zostały wywiezione w niewiadomym kierunku. A teraz ten kościół ma służyć jako miejsce na wesela, przyjęcia i pewnie również zabawy. A w prezbiterium grać będzie orkiestra...



































Przygnębieni wyszliśmy na zewnątrz kościoła. Połączyłem się telefonicznie z ks.Markiem, który właśnie szedł "z Panem Jezusem" do chorych. Ustawiłem komórkę na "głośnomówiącą", a ksiądz Marek udzielił nam błogosławieństwa na drogę, czyniąc tam u siebie w Lubaniu znak krzyża bursą z Panem Jezusem, którego miał przy sobie, idąc do chorych. Tak więc była to symboliczna ponowna obecność Pana Jezusa w Bilym Kostelu. Powinniśmy modlić się o to, aby był to początek ponownego nawrócenia się ludzi w tej miejscowości.

Około godziny 12.00 wyruszyliśmy w drogę, kierując się na Chrastawę. Już po 4 kilometrach dotarliśmy do Chrastavy, z kościołem św.Wawrzyńca. Kościół był o tej porze zamknięty, więc w jego cieniu odpoczywaliśmy pół godziny.
























































Po wyjściu z Chrastavy, kolejny nasz odpoczynek znajdowała się pod kościołem w Andelskiej Horze.





Napotkani koło kościoła ludzie poinformowali nas, że za czasów komuny wszystko zostało z kościoła zabrane i wywiezione w niewiadomym kierunku. A obecnie znajduje się w nim atelier jakiegoś artysty.




































Następnie udaliśmy się w dalszą drogę i dotarliśmy do uroczej łużyckiej wioski Dolina Krzysztofa (Krystofovo Udoli), w której znajdował się ładny drewniany kościółek pw.św.Krzysztofa. Pan kościelny krzątał się właśnie w obejściu kościoła i otworzył nam kościół. dzięki temu mogliśmy wejść i podziwiać jego wnętrze:








































































































Ponieważ był to piątek przed Niedziela Palmową poprowadziliśmy wokół kościoła pw.św.Krzysztofa Drogę Krzyżową z rozważaniami napisanymi przez wrocławskiego poetę Kazimierza Kociołka. Po wyjściu z doliny Krzysztofa udaliśmy się do kolejnej miejscowości - Kriżany - wioski, w której miał być nasz nocleg, pod numerem 174 "U Babiczki Liduszki". Ten nocleg załatwił nam czeski przewodnik Miroslav Teszina - mieszkaniec tej okolicy. Wkraczaliśmy do Kriżan już po ciemku, ale przyjęcie jakie zgotowała nam "babiczka Liduszka" przeszło nasze najśmielsze oczekiwanie.









































W sobotę 27 marca 2010 pożegnaliśmy babiczkę Liduszkę i o godz. 8.00 wyruszyliśmy na szlak wiodący teraz do Czeskiego Dubu, w którym znajduje się sanktuarium św.Ducha oraz Komandoria Joannitów - miejsce pobytu i działalności świętej Zdzisławy. Przy wyjściu z Kriżan spotkaliśmy Mirosława Teszinę - przewodnika czeskiego, który nam załatwiała nocleg u babiczki Liduszki. Obdarowała nas mapą okolicy, abyśmy nie pobłądzili, ale jak się później okazało, Świeta Zdzisława i Duch Święty, mieli chyba jakieś inne plany wobec nas. W drodze odmawialiśmy Różaniec i koronkę do Ducha świętego, której uczył nas pielgrzym o pseudonimie "Havel". Minęliśmy kościół św.Mikołaja w miejscowości Svetla pod Jestedem:





Później poszliśmy dalej i dołączył do nas ksiądz Marek Kurzawa z Lubania, który na ile tylko może stara się uczestniczyć w naszych pielgrzymkach. Przybyła też Krystyna Zabrocka z mężem.















































Po przybyciu do sanktuarium w Czeskim Dubie okazało się, że nie ma możliwości wejścia do kościoła, gdyż kapłan wyjechał na spotkanie księży u biskupa diecezjalnego. Staliśmy więc pod sanktuarium bardzo zmartwieni tym faktem. To był mój błąd i moje niedopatrzenie, bo przecież mogłem wcześniej zadzwonić z Polski i uprzedzić o naszym przybyciu.










































































Teraz przyszedł czas na wypoczynek. Udaliśmy się więc do małej restauracji w Rynku aby się posilić i odpocząć przed dalszą drogą.

















W restauracji nastąpił spontaniczny podział naszej grupy na dwie podgrupy. Osiem osób, które odpoczęły wcześniej, postanowiło wyjść w drogę wcześniej, idąc w kierunku kościoła Świętego Jakuba w Letarzowicach i noclegu w Libiczu. Pozostałe osoby odpoczywały pół godziny dłużej i wyruszyły w ślad za nimi. W tej drugiej grupie byłem i ja, dlatego poniższe zdjęcia zostały wykonane przez nas, uczestników II podgrupy. Niestety, zabłądziliśmy, lub raczej jakaś Siła Wyższa ściągnęła nas po przebyciu około 8 dość ciężkich kilometrów przez pola i lasy na powrót do Czeskiego Duba - do sanktuarium Ducha św. Widocznie nie wolno nam było opuścić sanktuarium bez obecności na Mszy św. w nim. Poniżej zdjęcia z odcinka, na którym zabłądziliśmy i zatoczyli koło wokół Czeskiego Duba:





















































Kiedy po wyjściu z lasu nieoczekiwanie dla nas okazało się, że znów jesteśmy w Czeskym Dubie, to był dla nas mały szok. Natychmiast podjęliśmy decyzję, że w takim razie trzeba tu zostać na noc i na drugi dzień rano tutaj wziąć udział w uroczystościach Niedzieli Palmowej w Sanktuarium. Poszukiwania noclegu nie trwały długo. Znaleźliśmy niedrogi nocleg w hotelu przystadionowym.






































W niedzielę 28 marca 2010

Rankiem udaliśmy się na mszę św. Niedzieli Palmowej, która była sprawowana w sanktuarium Ducha św. o godz. 8.00. W kościele była garstka ludzi. Może ze 20 osób. Uroczystość Niedzieli Palmowej zaczęła się na dziedzińcu kościoła. Tam było poświecenie palm i odczytana Ewangelia. Z palmami i śpiewem procesyjnie wkroczyliśmy do kościoła. Męka Pańska była czytana w języku czeskim: ksiądz i dwie osoby w asyście. Po mszy św. pamiątkowe zdjęcia z księdzem w prezbiterium. To wszystko na zdjęciach poniżej:
























































Po wyjśąciu z kościoła mieliśmy ponad dwie godziny czasu do odjazdu autobusu do Liberca, więc spędziliśmy go w kawierence w Rynku na rozmowach o naszym Przejściu oraz o planach na przyszłość:


























Następnie mały spacer po uliczkach Czeskiego Dubu i oczekiwanie na przyjazd autobusu do Liberca.























W końcu udaliśmy się w drogę powrotną do Wrocławia, najpierw autobusem do Liberca, potem pociągiem z Liberca do Zittau, z Zittau do Goerlitz i z Goerlitz do Wrocławia.




















W pociągu spotkaliśmy uczestników podgrupy I (osiem osób), którzy doszli w sobotę do samego Mnihovo Hradiszcze i tam nocowali.

A oto jak wyglądało ich przejście (relacja Mieczysława Karkułowskiego):
I-a grupa pątników /połowa wędrujących/ przeczuwając, że „droga daleka a dzień krótki” po wspólnych konsultacjach wyruszyła z rynku Czeskiego Dębu niebieskim szlakiem w kierunku Mnichovo Hradiszte. Szlak prowadził poprzez przedmieścia miasteczka związanego z kultem św. Zdzisławy z Lemberku na leśny dukt cały czas pod górę, miejscami dość uciążliwą drogą. Często zwłaszcza na rozstajach leśnych dróg zastanawialiśmy się jak iść dalej bo oznaczenia szlaku gdzieś ginęły. Ale najlepiej w takiej sytuacji iść na wprost i taka filozofia okazała się słuszna. Po wyjściu z lasu ukazał się nam rozległy płaskowyż, wykorzystywany rolniczo. Nie mogąc przejść go na wprost /mokro po deszczu/ musieliśmy go obejść od prawej strony, wzdłuż lasku. Towarzyszyła nam spora grupa saren. Spostrzegawczy już zaczęli dostrzegać na tle lasu górną część charakterystycznej wieży kościoła w Letarzowicach. Po wejściu na drogę asfaltową ponownie zauważyliśmy oznakowania niebieskiego szlaku, który doprowadził nas do kościoła św. Jakuba. Kościół był zamknięty ale my nie daliśmy za wygraną. Po krótkich poszukiwaniach znaleźliśmy człowieka, który posiadał klucze i chętnie oprowadził nas po tej perełce architektonicznej. Sufit kościoła z 98 obrazami w formie kasetonów z których 60 przedstawia historię życia św. Jakuba Starszego /”czytać” należy od prawej do lewej strony/ był ostatnio odrestaurowany jak i drewniana 16 w. figura św. Jakuba. Wokół kościoła znajduje się cmentarz z ciekawymi nagrobkami. Należy także wspomnieć o małej, wolnostojącej obok kaplicy, w której ołtarz wykonano z czaszek i kości. Klucze od tego kościoła znajdują się u P. Picha, 3-ci budynek /murowany z cegły/ idąc polną drogą za kościołem ok. 150 m.
Dalej niebieski szlak doprowadził nas do asfaltowej drogi wzdłuż rz. Mohelki, która meandrując doprowadziła nas aż do Mohelnicy /tu wpada do rz. Izery/. W Mohelnicy n/Izerą miał być nasz upragniony nocleg. Po drodze „ubytowania” były jeszcze nieczynne /sezon zaczyna się dopiero w maju/, bądź jak to miało miejsce w m. Libicz, gdzie był CykloHotel z restauracją /U Brożu/ tel. 48 514 89 70 awaria instalacji wodnej po zimowych mrozach. Mogliśmy tu jedynie tylko się posilić, trochę odpocząć i mile w cieple, pogawędzić z gospodarzem i właścicielem tego miejsca, który roztaczał wizje i plany adaptacji licznych zabudowań na noclegownie, hotel i wygodniejszą restaurację dla rowerzystów i wędrowców, zapewniając na odchodne, że w Mohelnicy będą noclegi.
W Mohelnicy niestety przykra dla nas niespodzianka. Okazało się, że noclegów tu także nie uświadczysz a zaczynało się robić już szybko ciemno. Do Mnichovo Hradiszta pozostało ok. 4,5 – 5 km a więc ok. 1 godz. drogi. Autobusy już o tej porze nie kursują, taxi też w tej miejscowości brak. Z opresji wybawił nas miejscowy klient restauracji, który swoim osobowym samochodem dwoma kursami /po 4 osoby/ zawiózł nas do celu naszej dzisiejszej wędrówki. Po krótkich poszukiwaniach noclegu znaleźliśmy się w sympatycznym Pensjonacie „U Mydlaru”, tuż za dworcem kolejowym na zasłużonym odpoczynku w bardzo dobrych warunkach.
Nazajutrz połowa naszej grupki, po śniadaniu udała się na pobieżne zwiedzanie miasteczka. Nawiedziliśmy w pierwszym rzędzie kościół św. Jakuba w którym o godz. 8.00 rozpoczęła się Msza św. i o dziwo jak na czeskie warunki był zapełniony wiernymi. Następnie poszliśmy do monumentalnego pałacu, który oglądaliśmy z zewnątrz /otwarty codziennie dopiero od maja/ oraz pobliskiego kościoła Trzech Króli w którym znajduje się kaplica św. Anny i nagrobek właściciela tych dóbr słynnego Albrechta Wallsztajna. Po powrocie do pensjonatu, zabraniu plecaków ruszyliśmy już wszyscy na pobliski dworzec by o godz. 11.00 odjechać do Liberca a następnie do Zittau. Tu jeszcze w oczekiwaniu na pociąg do Gorlitz w trójkę odwiedziliśmy katolicki kościół skąd o godz. 15.00 miała wyruszyć ekumeniczna Droga Krzyżowa do Porajowa.
W ten sposób kolejne przejście przeszło do „historii”. Dziękujemy sobie wzajem za wszystko czego dobrego doświadczyliśmy na tym przejściu, za trud, wyrzeczenia, czasem niedogodności i uciążliwości. Nigdy nie zapominajmy, że na tych szlakach zawsze nam towarzyszy, wspiera nas i jest naszym najlepszym przyjacielem Ten, który powiedział „Yo Soy, El Camino, La Verdad, Y La Vida”.

A oto zdjęcia wykonane przez uczestników grupy I:
























































W kwietniu kolejnego przejścia nie będzie. Również organizacja kolejnego przejścia w maju jest bardzo mało prawdopodobna, ze względu na przygotowania do czerwcowego wyjazdu części uczestników Przejścia do Pirenejów francuskich (Saint-Jean-Pied-de-Port) na camino Drogą francuską. Przejścia nasze będziemy wiec kontynuować dopiero na jesieni, po powrocie z Santiago de Compostela.

Z naszej strony jest pewna propozycja. Osoby, które w tym roku nie udają się na camino do Hiszpanii, mogą spróbować same zorganizować kontynuację przejść na Pragę Drogą Zytawską, z Czeskiego Duba lub Mnihovego Hradiszcza.

Wiele osób, które w ubiegłym roku uczestniczyło w Przejściach Via Regia po ziemiach polskich, a nie miało okazji iść z nami Drogą Żytawską ze Zgorzelca i Goerlitz, przez Hagenwerder, Ostritz, Marienthal, Hirschfelde, Hradek nad Nisou, Grabsztejn i Bily Kostel - mogłoby zorganizować sobie przejście ta trasą, a następnie na jesieni kontynuować "marsz na Pragę" wspólnie z nami.

A my planujemy na jesieni dwa 3-dniowe przejścia, które nas doprowadzą do Pragi. Pierwsze z tych przejść miałoby na starcie charakter wycieczki, gdyz po przyjeździe do Liberca udalibyśmy się tramwajem miejskim do podnóża góry Jeszted (to ta z ta wysoką wieżą na szczycie, dookoła której krążyliśmy), następnie wjazd kolejką na szczyt góry, godzinny pobyt na szczycie, połączony z oglądaniem pięknej panoramy okolicy ze szczytu, w tym samej Pragi, do której idziemy!

Potem zjechalibyśmy z góry kolejka, tramwajem wrócili pod Dworzec autobusowy (lub kolejowy) i udali się do Czeskiego Duba (jedni) lub pociągiem do Mnihove Hradiszcze (drudzy) w celu kontynuacji naszych przejść Drogą Żytawską. I w pierwszym dniu, czyli w piątek, nocleg (wcześniej załatwiony!) mógłby być nawet już po przejściu kilku kilometrów. Na przykład w Letarzowicach...

wtorek, 16 marca 2010

Szlakiem Świętego Jakuba przez księstwo oleśnickie "Od Oleśnicy do Psiego Pola"

15 marca (poniedziałek) o godz. 16.30 w Gminnym Ośrodku Kultury w Długołęce (między Psim Polem a Oleśnicą) odbyło się spotkanie informacyjne na temat planowanej Drogi św. Jakuba na trasie Długołęka – Psie Pole Wrocław (to fragment dawnego traktu z południowego Mazowsza przez Piotrków na Śląsk), Który następnie prowadzi z Wrocławia przez Zgorzelec do Santiago de Compostela w Hiszpanii.

Spotkanie poprowadzili członkowie stowarzyszenia "Przyjaciele Dróg Świętego Jakuba w Polsce": Andrzej Kofluk i Paweł Peter z Wrocławia, Markus Franken z Oleśnicy oraz Pan Zdzisław Nowakowski z Długołęki.

W spotkaniu uczestniczyło ponad 20 osób, w tym m.in. radni Gminy Długołęka, którzy zadeklarowali swoje wsparcie dla propozycji przeprowadzenia szlaku Świętego Jakuba przez Długołękę.

W programie m.in.
- Paweł Peter przedstawił historię szlaku św.Jakuba (10 min)
- Andrzej Kofluk (wiceprezes stowarzyszenia) przedstawił Akt Europejski czyli Apel Jana Pawła II z roku 1982 dotyczącego przyszłości Europy i jej powrotu do korzeni chrześcijańskich (10 min)
- Markus Franken z Oleśnicy opowiedział o swoim ubiegłorocznym camino w Hiszpanii, ilustrując swoje opowiadanie wyświetlanymi slajdami
- Zdzisłąw Nowakowski bardzo barwnie i szczegółówo opowiedział o szlakach pieszych przechodzących przez Oleśnicę i Długołękę oraz o historii Księstwa Oleśnickiego.

Później nastąpiła dyskusja na temat możliwości rekonstrukcji dawnego traktu z południowego Mazowsza przez Piotrków na Śląsk a zwłaszcza jego fragmentu z Oleśnicy przez Długołękę do Wrocławia.

Podobne spotkanie odbyło się w dniu 19 lutego w Oleśnicy i wywołało gorącą dyskusję wśród obecnych na spotkaniu historyków oleśnickich, którzy sugerowali liczne poprawki i wskazywali na ważne historycznie i kulturowo miejsca, które ich zdaniem, powinny się znaleźć na projektowanym szlaku.

Proponowana trasa:
1.Oleśnica
2.Lucień
3.Nieciszów
4.Raków
5.Borowa
6.Byków
7.Długołęka.

Pan Nowakowski zaproponował aby z Długołęki do Psiego Pola wiodły dwa alternatywne szlaki. Byłoby to rozgałęzienie szlaku w dwu kierunkach: do Kiełczowa i drugi do Szczodrego.

8.Mirków
9.Kiełczów
9.Psie Pole

Od kościoła w Długołęce w czasie upalnych dni można pójść przez Szczodre i Domaszczyn parkiem, lasem oraz nad stawami.

8. Szczodre
9. Domaszczyn
10. Zakrzów
11. Psie Pole.

Zaproponował też niektóre tematy do przewodnika turystycznego:

Krótki rys dziejów księstwa.
Szlaki drogowe przez księstwo.
Pierwsza wzmianka o miejscowości.
Geneza nazwy.
Położenie, rzeka, drogi, wysokość nad poziomem morza.
Pierwsi właściciele, ich pochodzenie. Następni właściciele.
Parafia, kościół , znani duchowni, zabytki kultury sakralnej.
Szkoła, przybliżona data powstania, nauczyciele.
Ludzie znani poza miejscowością i zasłużeni.
Zakłady przetwórstwa rolnego
Zakłady rzemieślnicze i wytwórcze.
Karczmy i ich znaczenie dla życia społecznego
Zabytki świeckie, pałace, dwory szkoły i inne obiekty.
Ważne wydarzenia w miejscowości.
Powstanie linii kolejowej Wrocław Tarnowskie Góry
Występowanie zwierząt, ostatnio widziane.
Inne wydarzenia.

Lucyna Szomburg na szlaku Świętego Olafa w Norwegii


Znalezione w sieci - może propozycja na przyszły rok?
Lucyna Szomburg na szlaku świętego Olafa
Oslo - Nidaros (Trondheim) - 19.06.2009 – 19.07.2009


Zanim wyruszyłam na pielgrzymkę szlakiem św. Olafa z Oslo do Nidaros, Skandynawię odwiedzałam czterokrotnie. Moim zdaniem, jest to najpiękniejsze miejsce na świecie; dzika, budząca zachwyt przyroda i wspaniali ludzie. Gdy więc dowiedziałam się, że w średniowieczu wędrowali tam pielgrzymi do grobu św. Olafa, patrona Norwegii, postanowiłam i ja wyruszyć ich śladami. Dnia 18 czerwca 2009 roku wsiadłam wraz z koleżanką do samolotu i tak rozpoczęła się nasza skandynawska przygoda.

Pielgrzymka z Oslo do Nidaros, obecne Trondheim, liczy około 700 kilometrów. Wprawdzie kamień milowy ustawiony w pobliżu ruin kościoła św. Klemensa w Oslo wskazuje 643 kilometry, jednak wydłużono niektóre odcinki trasy, by skutecznie ominąć ruchliwą drogę E-6, łączącą północ z południem kraju.

Szlak św. Olafa jest trudnym szlakiem. Wiedzie przez góry, pustkowia, ogromne pastwiska z setkami sztuk bydła, tereny bagienne, płaskowyże o surowym, północnym klimacie, ale też pięknymi dolinami rzek, brzegami jezior, dziewiczymi lasami, łąkami, gdzie trawy i kwiaty sięgają ramion. Czasami prowadzi szutrową drogą, rzadziej asfaltem, najczęściej wąskimi ścieżynkami lub wręcz bezdrożami. Znaki św. Olafa – charakterystyczny, czerwony, stylizowany krzyż – wyznaczają pielgrzymi szlak. Najczęściej umieszczane są na specjalnych, drewnianych słupkach wkopanych w ziemię, a w trudniejszym, mniej dostępnym terenie zwisają na deszczułkach przyczepionych do gałęzi drzew. Wędrując, trzeba mieć oczy szeroko otwarte, by dostrzec znaki Camino. Na trasie, w pobliżu kościółków stoją kamienie milowe w kształcie krzyża z informacją, ile kilometrów zostało jeszcze do Nidaros.

Szlak pielgrzymkowy jest mało uczęszczany. Czasami pojawiają się tam pojedynczy pielgrzymi z różnych krajów świata. Po drodze, w pamiątkowych księgach gości znajdowałam wpisy pielgrzymów ze Stanów Zjednoczonych, z Niemiec, Danii i Szwecji, przechodził tędy pątnik z Australii i z Hiszpanii, dziewczyna z Republiki Południowej Afryki, no i oczywiście Norwegowie.

Tutaj jest zwyczaj pielgrzymowania do Nidaros na święto św. Olafa, to jest 29 lipca. Tego dnia, 1030 roku św. Olaf zginął śmiercią męczeńską w bitwie pod Stiklestad w pobliżu Trondheim. W miejscu, gdzie został pochowany, zbudowano niezwykle piękną katedrę.

Wyruszyłyśmy na ten trudny szlak pielgrzymkowy nie do końca świadome tego, co nas czeka. Na początku zaskoczyła nas pogoda. Szesnaście dni wręcz egipskich upałów! Termometry wskazywały 26-30 stopni C. w cieniu. W słońcu temperatura przekraczała 40 stopni C. Upał wyciskał z nas siódme poty, obezwładniał, pozbawiał sił. Bardzo ciężko idzie się z 15 kilogramowym plecakiem w takim skwarze. Musiałyśmy nieść na plecach wszystkie nasze ubrania, również te na chłodniejsze i deszczowe dni, a oprócz tego namiot, palnik, butlę gazową, czajnik, zapas jedzenia no i WODĘ! W okresie wielkich upałów woda była na wagę złota. Czasami przychodziło nam wędrować przez kompletnie niezamieszkałe tereny, z wyschniętymi strumykami. Wówczas racjonowałyśmy ten napój życia. Wyżej, w górach pogoda zmieniła się. Spotykały nas burze, padał deszcz, a mgła i chmury otulały wszystko dokoła. Zrobiło się zimno i mokro. Tam nie było problemu z wodą, rzeki spadały ze skał tworząc wodospady, przecinając nasz szlak, przepływając wartko po kamieniach. Pojawiały się rzeki bez mostów, bez kładek, moczary, łaty śniegu… Ech, średniowieczni pielgrzymi nie mieli łatwo! My zresztą też. Gdy zeszłyśmy z wysokich gór, znów się wypogodziło i zrobiło się cieplej. Do Nidaros dotarłyśmy w pełnym słońcu, szczęśliwe i spełnione.

Na naszej trasie nie codziennie były sklepy. Musiałyśmy zawsze mieć zapas chleba, czasami wręcz na cztery dni. Chleb i woda to podstawa. Był to jedyny ciężar, który nosiłyśmy z radością.

Dla nas niezwykłą atrakcją były białe noce. Słońce wprawdzie chowało się za horyzontem, ale całą dobę było jasno. Mogłyśmy tak długo wędrować, dopóki starczało nam sił. Jednak w czasie wielkich upałów, już od samego rana nam ich brakowało, szukałyśmy więc cienia, by schronić się przed żarem lejącym się z nieba. Najprzyjemniej było iść lasem lub odpoczywać na… cmentarzu. Tak się składało, że niemal codziennie przechodziłyśmy obok jakichś kościółków. Zawsze był tam cmentarz; zadbany, wypielęgnowany, z przystrzyżonym trawnikiem, skromnymi nagrobkami i pięknym widokiem na rozległą okolicę. Przy kościele, w cieniu i chłodzie stały ławki. Zdejmowałyśmy plecaki, buty, skarpetki i odpoczywałyśmy pogrążając się w tej świętej ciszy.

Różnie wyglądały nasze noclegi na trasie. Czasami spotykałyśmy schroniska pielgrzyma, ale zupełnie inne niż na hiszpańskim Camino. Nie było tu hospitaleros, ani w ogóle nikogo. Pierwsze takie schronisko znajdowało się około 40 kilometrów za Oslo. W drewnianym domku, w jakim dawniej przechowywano żywność i różne gospodarskie sprzęty, urządzono miejsca noclegowe dla pielgrzymów; dwa pokoiki z piętrowymi łóżkami dla ośmiu osób, salonik wyposażony w kuchenkę i naczynia. Wszystko stare, przykurzone, jakby z innej epoki. Widać, że rzadko ktoś tu zagląda. Inne spotkane schroniska to dwa malutkie domeczki ze spaniem dla dwóch osób. Śliczne, słodkie, przytulne… W górach, w osadzie Rypusan, niemal na końcu świata, nocowałyśmy w ślicznym schronisku dla kilku osób, w Skvormo, w centrum szkolenia biatlonistów, w Skaun, w domu parafialnym. Po drodze spałyśmy też w cudownych, średniowiecznych farmach, w gospodarstwach agroturystycznych, w drewnianych domkach na campingach no i oczywiście w naszym malutkim, „samonośnym” namiocie bez tropiku. „Samonośny”, bo nie potrzebował ani szpilek, ani śledzi, więc mogłyśmy stawiać go nawet na skalistym podłożu, a bez tropiku, bo tak było lżej. Ale niezbyt rozsądnie. Gdy zaczęły się deszczowe dni, musiałyśmy szukać schronienia pod dachem. Nasz domek przeciekał. W Norwegii właściwie można rozbijać się na dziko, ale zasadą jest, by było to dalej od drogi i od ludzkich siedzib. Chyba że za zgodą gospodarzy.

Na końcu pielgrzymki, w Trondheim, obok katedry jest piękne schronisko pielgrzyma. Są tu pokoje dwuosobowe o standardzie hotelowym, dobrze wyposażona kuchnia, jadalnia i salon. Na zewnątrz znajduje się taras ze stolikami i krzesełkami, z widokiem na rzekę Nidelvę i stare miasto. Niestety, noclegi na campingach, w gospodarstwach agroturystycznych i niektórych schroniskach nie są tanie. Namiot daje większą swobodę, niezależność i jest bardziej ekonomiczny. Ale trzeba go dźwigać. Najpiękniejszy nasz nocleg był właśnie w namiocie, na opuszczonej farmie, wśród wysokich, niekoszonych traw, pachnących ziół i kwiatów. W dole, u stóp łąki lśniła tafla jeziora, gdzieś daleko w lesie kukała kukułka, a w pobliżu pasły się owieczki, podzwaniając dzwoneczkami. Nie wiadomo skąd się tu wzięły, wkoło nie było żadnego zamieszkałego gospodarstwa. Nasz ostatni nocleg przed Nidaros był wręcz magiczny. Rozbiłyśmy namiot na grobli oddzielającej dwa jeziora. Na trawiasto-kamiennej łasze niedaleko brzegu był ptasi raj. Białe ptaki, z daleka podobne do mew obsiadły ten skrawek ziemi i tylko od czasu do czasu podrywały się wszystkie naraz, zataczały koła nad wodą i wracały. Zachodzące słońce pomarańczowiło świat. Zasypiałyśmy w ciszy, jaką można znaleźć tylko tutaj, na szlaku św. Olafa.

Po drodze, w miasteczkach i wioskach spotykałyśmy wielu serdecznych ludzi. Interesowali się naszą pielgrzymką, gdy nie było rzek ani strumieni zaopatrywali nas w wodę, a także we wrzątek, byśmy mogły zaparzyć herbatę lub przyrządzić zupki, pozwalali rozbijać namiot na ich prywatnych posesjach, zapraszali na kawę, lody, ciasto… Starałyśmy się nie nadużywać tej gościnności, zresztą często wędrowałyśmy przez kompletnie bezludne tereny. Na szlaku nie spotkałyśmy żadnego pielgrzyma. Dopiero na 465 kilometrze, w Rypusan dogonił nas samotny pielgrzym z Belgii. Wyszedł 14 kwietnia sprzed progu własnego domu i zdążył już przejść Belgię, Holandię, Niemcy, Danię, Szwecję i teraz zmierzał przez Norwegię do grobu św. Olafa w Nidaros. Od tej pory nasze drogi czasami zbiegały się.

Wędrując, zbierałyśmy stemple w paszportach pielgrzyma, by uwiarygodnić pieszą pielgrzymkę na trasie z Oslo do Nidaros. Nie było to łatwe, bo nie codziennie była możliwość zdobycia pieczątki. Na koniec pielgrzymowania otrzymałyśmy stosowny certyfikat w języku łacińskim.

Jesteśmy pierwszymi Polkami, które przeszły szlak świętego Olafa z Oslo do Trondheim.

W trakcie wędrówki średniowiecznym szlakiem pątniczym przez Norwegię pisałam pamiętnik. Teraz, na jego podstawie przygotowuję książkę. Mam nadzieję, że ukaże się ona w przyszłym roku.

Wszystkich, którzy lubią pielgrzymować w samotności i ciszy, nie boją się trudnych warunków i wyzwań namawiam na wędrówkę szlakiem św. Olafa. Norwegia jest wspaniałym krajem, gdzie można usłyszeć głos Boga, zachwycić się dziełem stworzenia, lepiej zrozumieć siebie i innych.

Lucyna Szomburg

###############################
Myślę, że to mogłaby być propozycja dla niektórych osób z camino - na rok 2011.
Podobno bilet na samolot do Oslo i z powrotem - kupowany z wyprzedzeniem może się zmieścić nawet w cenie do 200 zł. 700 km podzielone na 28 = 25 km dziennie średnio. Start 1 lipca, dojście 28 lipca, Odpust 29 lipca. Powrót 30 lub 31 lipca. Miesiąc urlopu.

wtorek, 9 marca 2010

Projekt Azory - czyli co jest za Końcem Świata?

IX spotkanie Wrocławskiego Klubu Przyjaciół Camino - tym razem odbyło się we wtorek 9 marca 2009 o godz. 17.30 w sali multimedialnej w Sektorze3 przy ul.Legnickiej 65. Tematem spotkania był Projekt Azory 2011-2012, ktory w całości jest zaprezentowany na stronie http://www.azory2011.blogspot.com . Należy kliknąć w ten link, założyć słuchawki na uszy (lub włączyć głośniki), czytać tekst zawarty na stronie oraz klikać we wszystkie filmiki (kilkuminutowe) zawarte na tej stronie. To zajmie nam około godziny czasu, ale myślę że projekt spodoba się wielu osobom i przyłączą się oni do Projektu już w roku 2011.

wtorek, 2 marca 2010

5 marca 2010 - spotkanie w Działoszy pod Sycowem

5 marca (piątek) o godz. 17.00 w Szkole Podstawowej w Działoszy pod Sycowem odbyło się pierwsze sycowskie spotkanie informacyjne na temat planowanej Drogi św. Jakuba na trasie Syców – Oleśnica – Wrocław (to fragment dawnego traktu z południowego Mazowsza przez Piotrków na Śląsk), który następnie prowadzi z Wrocławia przez Zgorzelec do Santiago de Compostela w Hiszpanii. W spotkaniu wzięło udział ponad 20 osób: nauczycieli oraz przedstawicieli władz miasta Syców.

Spotkanie otworzył pan Stanisław Kozłowski, nauczyciel z Działoszy oraz prezes Towarzystwa Świętego Marka(!) w Sycowie. Prowadzili spotkanie: członkowie stowarzyszenia "Przyjaciele Dróg Świętego Jakuba w Polsce": Andrzej Kofluk i Paweł Peter z Wrocławia.
Na spotkaniu obecni byli m.in.: przewodniczący Rady Miasta Sycowa - Bolesław Moniuszko, wiceburmistrz Jacek Przybył, Dyrektor szkoły - Elżbieta Rybak oraz nauczyciele emerytowani i czynni z terenu gminy Syców i uczniowie.
Piękne teksty recytowały dzieci ze Szkoły Podstawowej w Działoszy; Klaudia Pluta i Sara Slota. Jak potem mówiły : "Bardzo nam się spotkanie podobało, dowiedzieliśmy się dużo na temat historii naszych okolic oraz na temat Szlaku św. Jakuba. Ccielibyśmy uczestniczyć w pracach nad rekonstrukcją tej Drogi"

W czasie spotkania Paweł Peter przedstawił historię szlaku św.Jakuba a Andrzej Kofluk (wiceprezes stowarzyszenia) przedstawił Akt Europejski czyli Apel Jana Pawła II z roku 1982 dotyczącego przyszłości Europy. Później mówiono o szlakach Świętego Jakuba w Polsce (prezentacja mapy szlaków) i akcjach podejmowanych przez ludzi "camino" w Polsce.

Następnie odbyła się dyskusja na temat możliwości rekonstrukcji dawnego traktu z południowego Mazowsza przez Piotrków na Śląsk a zwłaszcza jego fragmentu z Sycowa przez Oleśnicę do Wrocławia.

Najbardziej prawdopodobny termin otwarcia odcinka szlaku Świętego Jakuba z Oleśnicy do Wrocławia to późna jesień bieżącego roku, a ze Sycowa do Oleśnicy - raczej wiosna 2011. Wkrótce zamieszczone tu zostaną zdjęcia z tego spotkania.